6 sierpnia 1931 roku na wodach Zatoki Gdańskiej odbywały się rutynowe ćwiczenia okrętów Polskiej Marynarki Wojennej. Dwie jednostki, a mianowicie torpedowce ORP ŚLĄZAK I ORP MAZUR, w parze ze sobą przeprowadzały ćwiczebne strzelanie torpedowe. W trakcie tych zajęć doszło do groźnego wypadku, którego początkowo chyba nie zamierzano ujawniać. Po paru dniach, 10 sierpnia, prawda jednak wyszła na jaw - znaleźli się świadkowie, którzy po ćwiczeniach na wodach zatoki widzieli MAZURA stojącego z dziurą w burcie w gdańskim doku. W tej sytuacji dowództwo marynarki musiało przedstawić oficjalną wersję wydarzenia.


Z przedstawionego komunikatu wynikało, że ćwiczebna torpeda wystrzelona przez ŚLĄZAKA trafiła w burtę MAZURA, mniej więcej metr poniżej linii wodnej. Siła uderzenia była na tyle duża, że powstała dziura w poszyciu, przez którą natychmiast zaczęła się wdzierać woda do wnętrza zasobni węglowej. Jak napisał później tygodnik "Żołnierz Polski" (nr 34/1931): "Po odosobnieniu tego przedziału i tymczasowym załataniu torpedowiec o własnych siłach, słabo przechylając się na burtę, zawinął do portu, gdzie został wprowadzony do doku. Po naprawieniu uszkodzeń torpedowiec MAZUR w najbliższych dniach zostanie spuszczony na wodę." Z informacji przedstawionej przez dziennik "Rzeczpospolita" 12 sierpnia 1931 wynika, że przechył był niewielki i wynosił tylko 4-6 stopni. Dowódca floty, kmdr Józef Unrug, wyraził dowódcy torpedowca i załodze pochwałę "za przytomne i energiczne zachowanie się w czasie wypadku."


W czasie opisanego wypadku torpedowcem MAZUR dowodził kpt. mar. Ludwik Ziembicki i jego nazwisko wymieniła prasa. Zastanawia mnie natomiast dlaczego warszawski dziennik "ABC" jako dowódcę sprawcy, tj. torpedowca ŚLĄZAK, podał kpt. mar. Podrębskiego. Monumetalne opracowanie "Kadry morskie Rzeczypospolitej" (tom V) wymienia jedynie podporucznika Włodzimierza Podrębskiego, dawnego oficera z Austro-Węgierskiej Marynarki Wojennej, niezweryfikowanego w Korpusie Osobowym MW. Według tego samego źródła dowódcą ORP ŚLĄZAK był w tym czasie kpt. mar. Aleksander Hulewicz, zaś stanowisko zastępcy dowódcy okrętu zajmował por. mar. Wiktor Łomidze. Czyżby dowódca floty nie chciał, aby za nimi nie ciągnęło się odium sprawców bądź co bądź kompromitującego wypadku? Lepiej było rzucić nazwisko oficera, który nie zmieścił się w stanie osobowym Marynarki Wojennej?


Niewątpliwie fatalny strzał torpedowy stał przedmiotem badań specjalnej komisji. Niestety, wyników jej ustaleń nie ujawniono. Bezpośrednio po wypadku, na potrzeby opinii publicznej, oznajmiono tylko, że zapewne zawiódł w torpedzie mechanizm regulacji głębokości. Torpedy używane do ćwiczeń powinny płynąć na głębokości 4,5-6 m, tak aby bezpiecznie minąć cel pod jego dnem, a tymczasem ta felerna wystrzelona z ORP ŚLĄZAK w chwili uderzenia w burtę poruszała się zaledwie metr poniżej linii wodnej.